Gdy zaczynałem freelancing w 2022, myślałem: no nareszcie, będę miał swobodę. Własny grafik, praca z domu, nie ma szefa patrzącego przez ramię. W praktyce po ośmiu miesiącach pracowałem więcej niż kiedykolwiek w korpo. I co gorsze - nie potrafiłem tego wyłączyć.
Jak to wygląda od środka
Niedziela, siedemnasta, oglądam serial z dziewczyną. Telefon wibruje - mail od klienta. "Szybkie pytanie o projekt". Pauza w serialu, odpowiadam. Dwie minuty. Wracam do serialu, ale już myślę o tym projekcie. Po dziesięciu minutach znowu patrzę w telefon - może odpisał?
Albo sobota rano - śniadanie, kawa, rozmowa. Ale jedną częścią mózgu myślę o deadline'ie we wtorek. Nie jestem w stu procentach obecny. Dziewczyna pyta o coś, odpowiadam automatycznie, nie słuchając naprawdę.
To był mój standard przez rok. Fizycznie byłem w różnych miejscach, mentalnie zawsze w pracy.
Punkt krytyczny
Maj 2023, urlop w górach, trzy dni bez laptopa. Pierwszego dnia czułem niepokój - co jeśli klient napisze? Co jeśli coś pilnego? Sprawdzałem maile na telefonie co pół godziny. Drugiego dnia nie mogłem się skupić na niczym - spacer, a ja myślę o projekcie. Trzeciego dnia kłótnia z dziewczyną. "Jesteś tutaj, ale tak naprawdę nie jesteś".
Miała rację.
Co zacząłem zmieniać
Nie było jednej magicznej rady. To był zestaw drobnych zmian, które razem zaczęły działać.
Granice, które wprowadziłem
- Godziny pracy: 9:00 - 18:00, w kalendarzu zaznaczone na czerwono
- Po osiemnastej laptop się zamyka - fizycznie, wieko na kłódkę mental
- Maile sprawdzam trzy razy dziennie: 10:00, 14:00, 17:00
- Weekend to weekend - klientom wprost powiedziałem, że nie pracuję w soboty i niedziele
- Osobne miejsce do pracy - biurko w drugim pokoju, nie w sypialni
Pierwsze dwa tygodnie to była walka. Klient pisał o dwudziestej, widziałem notyfikację, zaciskałem zęby i nie odpowiadałem do rana. Czułem się nieodpowiedzialny. Ale rano okazywało się, że świat się nie zawalił.
Większość pilnych spraw klientów to nie jest faktycznie pilne. To jest ich brak planowania.
Co się zmieniło po trzech miesiącach
Relacje - dziewczyna zauważyła, że jak rozmawiamy, to faktycznie słucham. Nie odpowiadam już automatycznie. Sen - przestałem budzić się w nocy z myślami o projektach. Energia - weekendy naładowały baterie, a nie były kolejnym dniem pracy.
Paradoks jest taki, że zacząłem być bardziej produktywny. Nie dłużej - krócej. Ale te godziny były intensywne, skupione. Wcześniej rozciągałem pracę na dwanaście godzin, bo i tak byłem "dostępny". Teraz miałem dziewięć godzin, więc nie marnowałem czasu.
Błędy początkowe
Przez pierwszy miesiąc próbowałem robić wszystko idealnie. Punkt 18:00 - laptop zamknięty, zero wyjątków. Problem w tym, że czasem projekt wymaga zostać pół godziny dłużej, bo inaczej deadline nie wypali. Sztywne reguły nie działają - potrzebna jest elastyczność w ramach granic.
Teraz mam zasadę: jeśli zostaję po osiemnastej, to biorę sobie tę godzinę w innym dniu. Zostałem do dziewiętnastej w środę? W czwartek kończę o siedemnastej. Bilans tygodniowy się zgadza.
Druga rzecz - komunikacja z klientami. Na początku bałem się powiedzieć wprost, że nie pracuję weekendami. Myślałem, że stracę klientów. W praktyce straciłem jednego na piętnastu - tego, który chciał odpowiedzi o północy w sobotę. Reszta? Szanuje to bardziej niż brak granic.
Freelancing bez granic to droga do wypalenia w rok, może dwa. Musisz mieć przestrzeń, gdzie nie jesteś freelancerem - jesteś sobą. Inaczej ta praca cię zeżre.