Ktoś wspomniał mi o medytacji w kontekście radzenia sobie ze stresem. Pierwsza myśl: to jakaś ezoteryczna głupota. Druga myśl: ale w sumie spróbować nic nie kosztuje. Byłem wtedy w punkcie, gdzie każdy deadline wywoływał u mnie fizyczny stres - ściskanie w żołądku, napięte mięśnie, problemy z zasypianiem.
Problem był realny
Grudzień 2022, cztery projekty jednocześnie, wszystkie pilne. Leżę w łóżku o trzeciej nad ranem i myślę o tym, co muszę jutro zrobić. Sen nie przychodzi. Wstaję, siadam do komputera, robię kolejne dwie godziny. Budzik o siódmej - czuję się jak zombie.
Tak wyglądał co trzeci dzień. Stres był permanentny, nawet jak nie pracowałem. Sobota, niedziela - i tak myślałem o projektach, klientach, deadline'ach.
Psycholożka zasugerowała mindfulness. Dała mi aplikację Headspace i powiedziała: spróbuj dziesięć minut dziennie, przez tydzień. Jeśli nic nie da, rzucasz.
Jak zacząłem praktykować
Aplikacja Headspace ma kurs podstawowy - dziesięć sesji po dziesięć minut. Brzmi banalnie: usiądź, skup się na oddechu, jak myśli przychodzą, obserwuj je i wracaj do oddechu.
Mój setup
- Pora: rano, zaraz po przebudzeniu, przed pierwszą kawą
- Miejsce: fotel w salonie, cisza
- Czas: dziesięć minut, timer w telefonie
- Aplikacja: Headspace (płatna, 30 zł miesięcznie, ale są tańsze alternatywy)
Pierwsze trzy dni były dziwne. Siedzisz, oddychasz i czujesz się głupio. Myśli lecą tysiąc na godzinę - projekty, maile, zakupy, rachunki. "Mam wracać do oddechu" - okej, wracam. Pięć sekund później znowu myślę o projekcie.
Pointa nie jest w tym, żeby nie mieć myśli. Pointa jest w tym, żeby zauważać, że przyszły, i puszczać je.
Zmiany po miesiącu
Nie było żadnego olśnienia. Nie poczułem nagle spokoju wewnętrznego. To było bardziej subtelne. Po trzech tygodniach zauważyłem, że jak klient napisał o pilnych poprawkach, nie czułem już tego ścisku w żołądku. Stres był, ale jakby mniejszy. Bardziej na odległość.
Po sześciu tygodniach sen - zasypiałem szybciej. Zamiast godziny przewracania się z boku na bok, piętnaście minut i spałem. Po dwóch miesiącach zauważyłem, że weekendy faktycznie odpoczywam. Mogłem wyłączyć myślenie o pracy.
Co faktycznie się zmieniło
Deadline nadal stresuje. Ale ten stres nie jest już taki paraliżujący. Wcześniej wywoływał panikę, teraz wywoływuje fokus. Subtelna różnica, ale istotna.
Nauczyłem się rozpoznawać, kiedy zaczynam się stresować niepotrzebnie. Są sytuacje, gdzie stres jest uzasadniony - deadline za dwie godziny, projekt nie skończony. Ale są też sytuacje, gdzie stresujesz się o rzeczy, które dopiero będą za tydzień. Albo o rzeczy, na które nie masz wpływu.
Rzeczy, które bym zmienił
Zacząłbym od pięciu minut, nie dziesięciu. Te pierwsze dni z dziesięcioma minutami były trudne - czułem, że tracę czas. Pięć minut to próg, który jest do przeskoczenia mentalnie.
Druga rzecz - nie robiłbym tego wieczorem. Próbowałem przez tydzień medytować przed snem - zasypiałem w trakcie. Rano działa lepiej, bo jesteś świeży.
Medytacja nie jest cudownym lekarstwem. Ale jako narzędzie do zarządzania stresem - działa. Trzeba jej dać czasu, minimum miesiąc, żeby zobaczyć efekty. I trzeba robić to codziennie, nie od czasu do czasu. Jak ze wszystkim - regularność robi różnicę.